Ogień, pieśni i wróżby – bułgarskie Boże Narodzenie pachnące magią

W bułgarskich domach Boże Narodzenie nie zaczyna się od zapachu pierników ani dźwięku dzwonków. Zaczyna się od ognia, a przynajmniej zaczynało się. Dziś ogień nie płonie już w każdym domu, bo nie wszyscy mają kominki, lecz jego ciepło wciąż trwa w sercach i wspomnieniach. Mam to szczęście, że u mnie tradycja jest wciąż żywa.

W Wigilię, którą po bułgarsku nazywamy „Bydni Weczer”, do domu wnosi się ogromny, starannie wybrany pniak drzewa. To „bydnik”. Ścina go młody mężczyzna, najlepiej ten, który niedawno się ożenił, bo to on ma w sobie najwięcej nowego życia. Pień przynosi się uroczyście, z modlitwą i życzeniem dobra dla całej rodziny. Gdy płonie w kominku, magia świąt wkrada się do każdego kąta domu. Płomień ma ogrzać, ochronić i pobłogosławić — jest strażnikiem domu.

Na stole czeka nieparzysta liczba potraw — zawsze postnych, ale wypełnionych aromatem i symboliką.
  • Są fasola i zboża, żeby nie zabrakło chleba.
  • Są suszone owoce i orzechy, by życie było słodkie i pełne zdrowia.
  • I jest chleb lub banica (ciasto z serem) z ukrytą monetą — ten, kto ją znajdzie, będzie miał szczęście przez cały rok.
Nikt nie wstaje od stołu, dopóki świeca się nie dopali. Wierzono, że kto przerwie wieczerzę przed końcem, ten może przerwać nić życia. A kiedy wreszcie gasną światła, część jedzenia zostaje na stole. Dla duszy przodków, które tej nocy wracają, by ogrzać się przy bydniku i spojrzeć, czy w domu wciąż jest miłość.

Pieśń błogosławieństwa

Za oknem słychać pierwsze głosy. To „koledari” — kolędnicy, młodzi mężczyźni w tradycyjnych strojach, z kijami ozdobionymi suszonymi owocami, kolorowymi wstążkami i chlebem.
 
Idą od domu do domu, śpiewając magiczne pieśni, które brzmią jak zaklęcia. Przynoszą zdrowie, urodzaj i szczęście. Każdy wers ma moc. W dawnych czasach wierzono, że ich słowa potrafią odgonić zło i obudzić dobro uśpione w ziemi. 

Gospodarze witają ich chlebem, winem, czasem pieniędzmi, ale najważniejsza jest pieśń błogosławieństwa, którą kolędnicy zostawiają w każdym domu.
Nie widać jej, nie można jej dotknąć, ale czuje się jej magiczną moc, jak zapach dymu tej najpiękniejszej w roku nocy z płonącego „bydnika”.

Radość narodzin

Nad ranem, kiedy niebo zaczyna się już delikatnie szarzeć, ogień jeszcze tli się spokojnie. A wtedy przychodzi Boże Narodzenie (Koleda).
Dzieci szukają prezentów od Dziadka Kolędy (Diado Koleda), stoły uginają się od mięsnych potraw — duszonego mięsa z kapustą, ryżem i przyprawami, aromatycznego i ciężkiego jak zimowy sen, wina i wszelkiej obfitości, a w powietrzu wciąż unosi się wciąż zapach dymu z poprzedniej nocy — jak przypomnienie, że święta to coś więcej niż jedzenie i prezenty. To noc, w której światło zwycięża ciemność. W domach słychać śmiech, muzykę i życzenia.
 
Ale ogień, który zapłonął w Wigilię, trwa w sercach aż do następnego grudnia. Bo w bułgarskim domu nawet popiół z bydnika nie jest wyrzucany. Rozsypuje się go wokół pól, by ziemia rodziła, albo trzyma w kącie, by strzegł rodziny przez cały rok.
 
I tak, z roku na rok, Bułgarzy podtrzymują tę dawną magię. Boże Narodzenie jest tu nie tylko świętem narodzin Chrystusa — to również czas, gdy ogień, ziemia, pieśń i człowiek spotykają się w jednym rytmie. W rytmie życia, które odradza się wraz ze światłem.




Autor: Przyblizamybulgarie
Napisz komentarz