Żerawna - kiedy Bułgaria zakłada strój

Właśnie wróciliśmy z Żerawny i wciąż jeszcze jesteśmy pod silnym wrażeniem. Dlatego dzisiaj będzie trochę bardziej emocjonalnie.

W Bułgarii jest mnóstwo festiwali i to jest coś, co szalenie mi się tutaj podoba. Każda miejscowość chce pokazać światu coś swojego. Jedna organizuje święto dyni, inna serów, jeszcze inna regionalnego specjału. Lokalne tradycje nie chowają się tu po kątach, a przeciwnie. Wychodzą na światło dzienne i są powodem do dumy.

Ale Żerawna jest zupełnie inna.

To nie jest po prostu festiwal folkloru. To festiwal bułgarskości i chyba właśnie dlatego robi takie wrażenie.
Tegoroczna, 18. edycja Festiwalu Folklorystycznego w Żerawnie odbywała się w dniach 21-23 sierpnia. Od samego początku wydarzenie organizowane jest jako niezwykły „skok w czasie” - powrót do świata sprzed półtora wieku. W tym roku dodatkowym motywem przewodnim była 150. rocznica Powstania Kwietniowego.

Ale zanim zaczniemy mówić o programie, konkursach czy historii, musimy powiedzieć o jednym. O ludziach.
Tysiące ludzi zebranych w jednym miejscu. Wszyscy w strojach ludowych. Młodzi, starsi, dzieci, całe rodziny. Wszyscy jacyś tacy uśmiechnięci, szczęśliwi i zadowoleni. I właśnie to uderzyło mnie najbardziej.

Czy to magia bułgarskiego stroju?

Bo przecież tutaj nie ma selekcji: „pan nie wchodzi”, „pani się nie nadaje”. Wystarczy założyć strój i można być częścią tego niezwykłego świata. Przychodzą całe rodziny. Są maleńkie berbecie, które na rękach rodziców kołyszą się w rytmie bułgarskiego hora. Są nastolatki, młodzi ludzie, ich rodzice i dziadkowie. Całe pokolenia. Czy to strój sprawia, że uśmiechamy się i jesteśmy życzliwi?
Tutaj tradycja wcale nie jest czymś, co ogląda się w muzeum. Tutaj ona żyje. Jest wszechobecna i jakby naturalna. 

Strój , który wrócił z babcinych kufrów

Żerawna zrobiła coś niezwykłego. Przywróciła strojowi ludowemu godność.
To, co mogłoby leżeć zapomniane w starym kufrze albo szafie po babci, tutaj zostaje wyciągnięte, odświeżone, założone z dumą i pokazane światu.
I widać to szczególnie podczas konkursów.

Oceniane są autentyczne kobiece i męskie stroje świąteczne, nakrycia głowy, dziecięce stroje, stare kobiece pafty - czyli bogato zdobione metalowe klamry do pasa oraz tradycyjne ozdoby głowy.

Można godzinami patrzeć na detale. Hafty, tkaniny, biżuterię, nakrycia głowy. Na rzeczy, które kiedyś były częścią codziennego życia, a dziś dla wielu są bezcennymi rodzinnymi pamiątkami. 

I był moment, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Młoda kobieta wyszła na scenę i… płacząc powiedziała, że zgubiła pendarę - tradycyjną ozdobę z monet, należącą do jej babci. To nie była dla niej po prostu zgubiona biżuteria. Mówiła o niej jak o czymś bezcennym.
I wtedy jeszcze mocniej zrozumiałam, że w Żerawnie nie chodzi o przebieranie się w „ładne stroje”. Chodzi o pamięć.

Tu cały czas coś się dzieje

Festiwal ma już 18 lat i zdecydowanie nie jest amatorską imprezą. Wszystko jest zaplanowane, przemyślane i przygotowane z ogromną dbałością o szczegóły. Organizatorzy od początku budują atmosferę, która ma przypominać Bułgarię sprzed około półtora wieku.
Na terenie festiwalu pracują rzemieślnicy. Garncarze wyrabiają dzbany i garnki. Nożownicy robią noże. Inni wykuwają ozdobne płyty i płaskorzeźby.
Jest nawet dawny fryzjer - mistrz brzytwy, który nie korzysta ze współczesnych maszynek i trzeba przyznać, że efekt jego pracy jest zaskakująco dobry.
A wszystko dzieje się na oczach publiczności.
Nie oglądamy wystawy. Jesteśmy w środku tego świata.

A potem zaczyna się horo

Są występy zespołów, konkursy i oczywiście najsłynniejsza bułgarska forma wspólnego tańca - horo. I tutaj kolejna rzecz, która dla Polaka może być zaskakująca.

W Bułgarii horo nie jest folklorem. To nie taniec kilku dziadków, którzy pamiętają jeszcze dawne czasy. To żywa część współczesnego życia.
Horo tańczy się je na weselach, festynach, podczas świąt i wszystkich rodzinnych uroczystości. Właściwie przy każdej okazji i bez okazji. Czasem wystarczy po prostu muzyka.

Istnieją setki odmian i lokalnych wariantów tego tańca. W ostatnich latach horo przeżywa prawdziwy renesans. Powstają kolejne szkoły i kluby (horoteki), w których Bułgarzy uczą się tańców swoich regionów. Patrząc na to, co działo się w Żerawnie, można było odnieść wrażenie, że wszystkie zjechały się właśnie tutaj.

W Żerawnie ludzie tańczyli horo wszędzie i o każdej porze. Przy wejściu na teren festiwalu, w przerwach między kolejnymi wydarzeniami, na polanie z widokiem na wieś, w improwizowanych barach, gdzie można było coś zjeść, a nawet tak po prostu - przy spotkaniu ze znajomymi. Bo tutaj horo było niemal rytuałem każdego spotkania.

Tańczono na małej scenie, na dużej scenie i wszędzie tam, gdzie znalazło się choć trochę miejsca i pojawiła się ochota do tańca.
A tej zdecydowanie nie brakowało!

Był też konkurs na parę, która najlepiej zatańczy horo. Ale najbardziej niewiarygodny widok czekał wieczorem. Cała polana przy głównej scenie zaczęła tańczyć. Nie było jednego wielkiego koła. Były koła w kołach, rzędy, szeregi i kolejne kręgi ludzi, które poruszały się w rytm muzyki. Cała polana dosłownie drżała i pląsała. Trudno to opisać. To trzeba zobaczyć.

Bojanica

W tym roku po raz pierwszy wybrano również „Bojanicę Żerawny” - najpiękniejszą dziewczynę w stroju ludowym, swoistą królową festiwalu i jego ambasadorkę, która przez kolejny rok będzie reprezentować festiwal w Żerawnie. 

A jeśli już jesteśmy przy konkursach i występach to ogromne wrażenie zrobił na mnie również zespół z miasta Jamboł. Ich występ, energia, wdzięk i sposób poruszania się były absolutnie niezwykłe. Szczególnie zapamiętałam charakterystyczną tropankę - taniec związany z tradycją północno-wschodniej Bułgarii, w którym ważną rolę odgrywają mocne, rytmiczne przytupywania i charakterystyczne „sprężynowanie” ciała. Tancerze nie tylko pięknie się poruszali, ale też w swoich nakryciach głowy przypominających złote korony złożone z drobnych złotych liści wyglądali zjawiskowo. 

Ognisko i nuta patriotyzmu

Punktem kulminacyjnym wieczoru było rozpalenie wielkiego ogniska. A potem oczywiście znów zaczęło się horo.

W tym roku Żerawna miała jednak jeszcze jeden, bardzo ważny wymiar. Jednym z głównych tematów tegorocznego festiwalu była 150. rocznica Powstania Kwietniowego - wydarzenia, które zajmuje szczególne miejsce w bułgarskiej pamięci. Były patriotyczne pieśni, wspomnienie bohaterów i oczywiście Rajny Kniagini - jednej z najbardziej symbolicznych postaci bułgarskiego ruchu narodowowyzwoleńczego.

Trzech bułgarskich tenorów zaśpiewało ukochane przez Bułgarów pieśni patriotyczne. Było pięknie, wzruszająco i trochę może dla mnie zaskakująco, choć było to oczywiście pozytywne zaskoczenie. Bo choć w tym roku przypada tak okrągła rocznica, w innych miejscach nie miałam poczucia, że rocznica ta jest szczególnie mocno obecna.

A Żerawna nie zawiodła. Przypomniała o wydarzeniu, bez którego nie sposób opowiadać o narodzinach nowoczesnej Bułgarii.
Brakowało mi może tylko jednego. Żeby na koniec wszyscy razem zaśpiewali „Moja strana, moja Bułgaria” (Mój kraj, moja Bułgaria).
Ale to chyba dlatego, że uwielbiam tę piosenkę i sama traktuję ją jako coś w rodzaju nieoficjalnego hymnu Bułgarii. 

Najpiękniejsza twarz Bułgarii

Chyba właśnie tutaj dochodzę do tego, co z Żerawny wywiozłam.

Mam wrażenie, że bułgarski strój ludowy wydobywa z ludzi coś bardzo dobrego. Dumę z przynależności. Przywiązanie do korzeni. Miłość do kraju.
Może właśnie dlatego ludzie wyglądają tam tak, jakby byli najlepszą wersją samych siebie.

Byli oczywiście Bułgarzy, ale byli też cudzoziemcy. Niektórzy w wypożyczonych bułgarskich strojach, inni w strojach ludowych swojego kraju. I wszyscy razem tańczyli horo. Bo Żerawna nie pyta, skąd jesteś. Jeśli chcesz wejść do tego kręgu wystarczy podać rękę i tańczyć. 

Była też przedstawicielka Besarabskiej Bułgarii, wyraźnie wzruszona tym, że może uczestniczyć w tym święcie. I chyba właśnie takie momenty najlepiej pokazują, czym Żerawna stała się dla Bułgarów. Jest nie tylko festiwalem, ale miejscem spotkania z własnymi korzeniami. Jedną wielką, niezwykłą magią.

Coś dla ciała i duszy

A jedzenie? Było. 
Picie? Oczywiście też.
I co ważne ceny były całkiem rozsądne - takie, jakie chciałoby się widzieć również latem nad morzem. Ale jedzenia chyba nikt nie zapamięta tak jak tego widoku - tysiące ludzi w strojach ludowych, muzyka, ognisko i cała polana tańcząca w rytmie horo. To jest Żerawna.

Jeśli chcecie zobaczyć Bułgarię, która z dumą pokazuje swoje korzenie, koniecznie zapiszcie sobie tę nazwę - Żerawna i przyjedźcie tutaj w trzeci weekend sierpnia.

A teraz zobaczcie namiastkę tej cudownej atmosfery. Wyjątkowo uzyskaliśmy zgodę na fotografowanie podczas festiwalu na potrzeby Przybliżamy Bułgarię, za co serdecznie dziękujemy organizatorom. 

Festiwal jest bardzo duży i mimo naszych chęci, nie mogliśmy być wszędzie. Dlatego udostępniamy link do profilu tegorocznego festiwalu na Facebooku, gdzie można zobaczyć wiele innych ciekawych momentów. W najbliższych tygodniach będą pojawiać się nowe, profesjonalne zdjęcia.
Wierzcie nam - będzie co oglądać. 




Autor: Przyblizamybulgarie
Napisz komentarz