Bułgaria w naszych oczach

Niedawno poproszono nas, żebyśmy napisali, co nas denerwuje w Bułgarii. My jednak pomyśleliśmy, a dlaczego właściwie nie napisać o tym, co nas cieszy? Bo powodów jest całkiem sporo.

Zacznijmy od tego, że Bułgaria ma w sobie przede wszystkim coś niezwykłego. Z jednej strony można tu znaleźć miejsca, które wyglądają tak, jakby czas się zatrzymał. Stare domy, kamienne uliczki, cerkwie, małe, prawie opustoszałe wioski i tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Tutaj nie trzeba czekać, aż ktoś poprosi nas do tańca. Nie trzeba mieć partnera. Nie trzeba być w odpowiednim wieku. Nie trzeba nawet szczególnie umieć tańczyć. Wystarczy, że zagra muzyka. Ludzie łapią się za ręce i ruszają w horo. W jednej chwili przestajesz być obserwatorem i stajesz się częścią wspólnoty. Chyba nigdy nie przestanie mnie to fascynować. Tym bardziej że odmian horo jest całe mnóstwo, a znajomość kroków to czasami naprawdę wyższa szkoła jazdy.

Nie znam innego kraju, w którym ludzie tak spontanicznie tańczyliby na placach, ulicach i w parkach. I co najważniejsze - nie dla turystów, nie pod publiczkę, nie dla pieniędzy. Dla siebie. Bo ktoś zagrał. Bo gdzieś słychać muzykę. Bo nogi same zaczynają tańczyć.

Gdzie indziej tylu ludzi chodzi na kursy tańców ludowych? Gdzie indziej tańce ludowe są tak żywe i tak mocno obecne w codziennym życiu?
To absolutny fenomen.

Tak samo jak dźwięk gajdy. Zwłaszcza w górach. Kiedy dźwięk niesie się po dolinach, odbija od zboczy i wraca echem, można słuchać bez końca tej trochę rzewnej, trochę magicznej muzyki A co ciekawe, ten instrument również nie jest reliktem przeszłości. W wielu wsiach wciąż znajdzie się ktoś, kto przygrywa na gajdzie podczas rodzinnych czy lokalnych uroczystości.

A skoro już jesteśmy przy uroczystościach… Festiwale! To jest kolejna rzecz, którą w Bułgarii uwielbiam. Tutaj prawie każde miasteczko, a czasami nawet najmniejsza wieś, chce się pokazać światu. Nie czeka, aż ktoś przypadkiem do niego trafi. Sami mówią: Przyjedźcie do nas!
Będzie święto dyni, czereśni, świńskich uszu. Będzie banica. Będzie tort. Będzie kwaśne mleko. 
To jest fantastyczne.

W tym miejscu ogromny ukłon w stronę czitaliszte - lokalnych ośrodków kultury. To właśnie tam, bardzo często po cichu i bez wielkiego rozgłosu, wykonuje się ogromną pracę, dzięki której tradycje nie trafiają do muzeum, tylko nadal żyją.

Bułgarzy są Europejczykami. Ale są też Bułgarami. I wcale nie próbują tego ukrywać.
Nie trzeba tutaj święta flagi, żeby zobaczyć bułgarską flagę. Powiewa na szczycie wzgórza. Na centralnym placu. Przy wiejskiej drodze. Na starej chałupce gdzieś daleko od wielkich miast. I to też bardzo lubię.

A strój ludowy?
Chyba każdy ma go w szafie po dziadkach. A coraz więcej osób zamawia sobie własny. My też. Można powiedzieć, że strój ludowy przeżywa renesans.
Dziwne? Wcale nie. W dużym stopniu to zasługa Żerawny i tamtejszego Festiwalu Strojów Ludowych, który sprawił, że strój ludowy przestał być tylko pamiątką po przodkach, a znów stał się czymś, z czego można być dumnym.

„Nie szata zdobi człowieka”? Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wspaniale wygląda tłum, kiedy wszyscy są ubrani w stroje ludowe i jaką tworzy to więź. 

Ale dobrze. Dosyć już o tradycjach, bo może nie wszyscy są tak zakręceni jak ja. Teraz druga strona Bułgarii. Ta, która zmienia się na naszych oczach.
Pojawiają się nowe kawiarnie, restauracje, galerie, coworkingi. Powstają miejsca, których jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu po prostu tutaj nie było.
Coraz więcej atrakcji turystycznych zaczyna wyglądać tak, jak powinny wyglądać. Są odnowione. Zadbane. Wyeksponowane. Opisane.
I nagle okazuje się, że nie zachwycają nas już tylko góry, morze, jaskinie czy wodospady.
Zaczynają zachwycać nas również rzeczy stworzone przez człowieka.
I powiem szczerze, to jest miód dla duszy.
Długo na to czekaliśmy.

W tym roku dużo jeździliśmy po Bułgarii. Do tej pory z przyzwyczajenia trzymaliśmy się środka drogi, żeby omijać dziury. A teraz? Szerokie, pięknie wyasfaltowane drogi krajowe. I człowiek nagle zaczyna się zastanawiać: „Naprawdę? To tutaj?”  Oczywiście, ktoś zaraz napisze, że tu i tam nadal jest źle.
Że coś jest zaniedbane. Że gdzieś remont ciągnie się w nieskończoność. Jasne. Przykłady złe zawsze się znajdą. Tylko że szukanie złych przykładów jest banalnie łatwe. Dużo ciekawsze jest zauważenie tego, co się poprawia, co zmienia się na lepsze.

W kilku miastach, które odwiedziliśmy, remontowane było całe centrum. W innych zaskoczyła nas dbałość, porządek i czystość - naprawdę niezwykłe jak na Bałkany. Są zmiany. I są widoczne. Dlaczego więc mielibyśmy ich nie doceniać? Zwłaszcza że jednocześnie wiele rzeczy pozostaje dokładnie tam, gdzie było. I oby tak pozostało.
Róże nadal kwitną w Dolinie Róż. 
Lawendowe i słonecznikowe pola nadal ciągną się aż po horyzont.
Na targach nadal można kupić owoce i warzywa od lokalnych gospodarzy.
A w małych miejscowościach nadal można spotkać zwyczaje, których próżno szukać w dużych miastach.
I chyba właśnie to najbardziej lubię w Bułgarii.
Nie stoi w miejscu. Ale też nie odcina się od tego, czym była. Jest trochę jak ogród.
Co roku coś nowego zaczyna rosnąć. Coś przekwita. Coś znika. Coś wraca. A niektóre rośliny są tam od dziesięcioleci i pamiętają czasy, których już nikt dokładnie nie pamięta.

Może dlatego Bułgaria nigdy się nie nudzi.
Bo nawet jeśli wydaje nam się, że już ją znamy, za jakiś czas pokazuje nam kolejną twarz. Trochę inną. Czasami zaskakującą. Ale wciąż swoją.
Dlatego warto patrzeć na Bułgarię nie tylko przez pryzmat tego, jaka była. Warto patrzeć na nią również przez pryzmat tego, jaką właśnie się staje. 




Autor: Przyblizamybulgarie
Napisz komentarz